Obsesja katastrofy

Czasem dopadają nas naprawdę mroczne myśli. To przerażające, ale z drugiej strony towarzyszy temu przyjemny dreszczyk. Czemu więc nie zamrozić tego momentu i w jakiś sposób uczcić go. Ten moment (nie)przyjemności powinien ponownie stanąć w centrum refleksji dotyczącej projektowania. Z Susanną Hertrich rozmawia Piotr Kowalczyk


Opowiedz o swoim udziale w projekcie Dizajn_Wawa. Czy podobały ci się miejsca, w których pokazałaś swoje prace, „Robot” i „Chrono-Shredder”? Czy tworzyły razem z twoimi obiektami ciekawą całość?
Wydaje mi się, że w przypadku moich prac pokazywanych w Warszawie szczególnie udanie wpasowała się w kontekst miejsca obiekt zatytułowany „Robot”. To był sklep z ogromną ilością dizajnu, m.in. zabawkami erotycznymi, bielizną, perfumami. Wiele osób patrzy na roboty jako na pewien rodzaj fetyszu, choć mój „Robot” nie jest przecież zabawką erotyczną, tylko abstrakcyjną rzeźbą. Obrazki znajdujące się na stronie Dizajn_Wawa – dziewczyna obejmująca robota - pokazują to doskonale. Powstała bardzo interesująca dynamika pomiędzy małymi zabawkami erotycznymi a moim „Robotem”. Na początku, gdy patrzysz na te przedmioty, możesz nie wiedzieć, czym one są, do czego służą, a potem w kącie stoi moja praca – dziwny nieregularny obiekt. Druga praca znajdowała się w butiku modowym. W antresoli został zamontowany „Chrono Shredder, kalendarz i niszczarka papieru w jednym, i ścinany papier spływał na sam dół tego pomieszczenia tworząc coś w rodzaju kurtyny. Tutaj całość zagrała dzięki właściwościom tego wnętrza, a nie dzięki sprzedawanym tam ubraniom.

Współpracowałaś z berlińskim Design Research Lab, gdzie przedmiotem twoich badań były dwa obszary refleksji nad projektowaniem - “design fiction” i “critical design”.
„Critical design” to termin bardzo mocno związany z londyńskim Royal College of Art. Chodzi w nim o sposób, w jaki projektowanie może stymulować debatę, pomóc wyobrazić przyszłość, myśleć o alternatywnych rzeczywistościach, technologiach czy scenariuszach, w których ludzie mogą się znaleźć. Terminu „design fiction” używam, żeby opisać swoją pozycję jako badacza designu. Pracowałam ze studentami, próbując przekonać ich nie tylko do tego, że obiekt to funkcja czy temat, ale że warto wyobrazić sobie historię: skąd on się wziął, czego ludzie będą od niego oczekiwali, w jaki wyobrażali sobie go w przyszłości. Nie jestem oczywiście jedyną, która używa tego terminu. Jest to pewien trend. Projektanci nie chcą już tylko mówić o funkcjonalnościach przedmiotu, ale też opowiadać historię, z której pochodzi dany obiekt. Przedmiot ma być namacalnym elementem ze świata historii, którą opowiadamy, ma być jak dowód rzeczowy. Często jest tak, że wyobrażam sobie osobę albo grupę osób, albo sytuację, albo alternatywną rzeczywistość i wyobrażam sobie ich życie uczuciowe, poglądy itd. I wtedy pojawia się obiekt, taki jak „Robot” czy „Chrono Shredder”, i ten przedmiot jest po prostu materiałem dowodowym ze świata opowieści. Jego funkcjonalność pochodzi z narracji. Niektóre obiekty takie jak „Chrono Shredder” są hybrydami, których funkcja leży także w naszym świecie. W przeciwieństwie do „Robota”.

W wielu twoich pracach wyczuwalna jest obsesja katastrofy. Wiele z obiektów twojego autorstwa to pewnego rodzaju wgląd w dystopijną rzeczywistość.
Niewątpliwie pojęcie obsesji związane jest z chyba wszystkimi moimi pracami. Jest to skomplikowane pojęcie psychologiczne. Nie jestem natomiast pewna, czy interesuje mnie dystopia. Jestem po prostu zainteresowana ciemną stroną spraw, lubię celebrować ten sposób myślenia. Czasem dopadają nas naprawdę mroczne myśli – wyobrażamy sobie jak skaczemy z budynku i tym podobne historie. To często jest przerażające, ale z drugiej strony towarzyszącym uczuciem jest przyjemny dreszczyk. Czemu więc nie zamrozić tego momentu i w jakiś sposób uczcić go. Ten moment (nie)przyjemności powinien ponownie stanąć w centrum refleksji dotyczącej projektowania.

Jedna z prac, które mam na myśli, „Reality Check”, okazuje się aktualna czy wręcz profetyczna, szczególnie jeśli wierzymy w czarne scenariusze dotyczące globalnej ekonomii czy katastrofy ekologicznej.
To wszystko historie medialne, które zostały w świecie mediów wylansowane i które zostały wyolbrzymione tak, żeby ludzie zaczęli się bać. Interesują mnie nasze lęki. Dobrym przykładem jest epidemia ptasiej grypy. Jeśli spojrzysz na raporty medyczne, to okazywało się, że większego zagrożenia faktycznie nie ma. Takie scenariusze pojawiają się co jakiś czas i niektóre z nich są naprawdę przerażające. Interesuje mnie, jak doszło do tego, że straciliśmy rozróżnienie między prawdziwym zagrożeniem a medialną histerią. Moja praca wiąże się z ideą wyroczni z mitologii greckiej, do której ludzie udawali się w czasach niepewności. „Reality Check” to praca, która ma spełniać podobną rolę.

W serwisie VIMEO umieściłaś krótki film „Waterworld”. W nim również nie chodzi o katastroficzy scenariusz, związaną z brakiem wody? 
To część projektu „Homedustry”. Jego kontekst sięga czasów moich studiów w Royal College of Art. Mieliśmy tam za zadanie wyobrazić sobie przyszłość opartą o nanotechnologie. Doszłam do wniosku, że „nanotechnologie” to wielkie hasło, za którym kryje się konwencjonalna chemia. Tymczasem sprzedaje się je opinii publicznej jako technologię, która zmieni wszystko. W latach 60. sądzono, iż „nuklearne gospodarstwa domowe” będą produkowały energię na własny użytek. Film, który umieściłam na VIMEO, przypomina stylistyką ówczesne filmy „informacji publicznej”. To taki sposób połączenia tych dwóch medialnych wrzaw – nanotechnologii i strachu oraz fascynacji energią nuklearną. Jednocześnie historia, którą opowiadam w tym mini-filmie nie jest taka nierealistyczna. Istnieją nanomembrany, które potrafią oczyścić ludzki mocz i przefiltrować go tak, żeby uzyskać z niego wodę. Oczywiście więc, istnieje w tej technologii duży potencjał.

W ramach wystawy „Berlin Wild Life” spekulowałaś natomiast na temat obecności zwierząt w życiu miejskim.
Fenomenem naszej kultury jest to, że wszystko co jest inne, traktujemy jako coś odrażającego. Wystawa „Wild Wild Life” komentuje fakt, że dzikie zwierzęta coraz chętniej wprowadzają się do wielkich miast. Ma to wiele wspólnego z uprzemysłowieniem rolnictwa, zmianami w obrębie miasta i jego rozwojem. Jeśli porozmawiasz z mieszkańcami, to stwierdzą, że lisy w mieście to bardzo niepokojące zjawisko. Biolog będzie natomiast zachwycony warunkami, jakie te istoty mają w mieście. To bardzo interesujący konflikt: mieszkańcy miasta, którzy czują się osaczeni kontra eksperci.
Wyobraziliśmy sobie miasto, w którym zwierzęta są takimi samymi obywatelami jak my. Zastanowiliśmy, jak spowodować, żeby te istoty miały w mieście swoje miejsca, architekturę. Ale też, jak sprawić, żeby miały swoje obowiązki, jak wykorzystać ich naturalne zachowania. Rozmawialiśmy z ekspertami od miejskich zwierząt, próbując znaleźć sposób, jak zatrudnić te istoty, żeby zrobiły coś dla wspólnego dobra. Badaliśmy stadne zjawiska tych zwierząt. Pokazaliśmy też przykłady zwierzęcej architektury.

Jak określiłabyś swoje podejście do projektowania?
Jestem autorką moich narracji projektowych. Nie myślę o funkcji, materiale, a przynajmniej nie na pierwszym miejscu. Podstawą jest historia, obsesje, zjawiska, które dzieją się na świecie i mają na mnie wpływ. Jestem w równym stopniu artystką wizualną i designerką. Mój sposób widzenia designu nie ma długiej tradycji. A do klasycznego projektanta, którego robotą jest kształtowanie komunikatów innych ludzi, zbliża mnie dbałość o media, sposób komunikacji i użyte materiały.