Mebel jest skonstruowany na granicy swojej wytrzymałości i ta granica czegoś uczy. Takie naginanie granic powstaje na styku różnych profesji. Dla mnie tymi profesjami są projektowanie i rzemiosło. Próbuję wyeksplorować do końca dany materiał, mimo że logicznie nie powinno się tego robić. Z Pawłem Jasiewiczem rozmawia Paulina Jeziorek
Podczas festiwalu Projektowanie w działaniu zaprezentowałeś Krzywą ławeczkę – miejski mebel, zintegrowany z przestrzenią, czyli krzywym kamiennym stopniem przed Fundacją Bęc Zmiana. Ta, jak i inne realizacje, nad którymi pracowałeś jako projektant, zazwyczaj są oparte na bazie rzetelnej obserwacji. Są dla mnie ciekawe, bo z jednej strony pokazują jak niewiele ingerencji potrzeba, żeby rzeczywistoś przystosować do naszych potrzeb, a z drugiej strony też pokazują jaką rzeczywistość ma siłę oddziaływania na pracę projektanta – czasem wręcz niszczycielską, jeśli się pewnych rzeczy nie weźmie pod uwagę. Takimi skrajnymi przykładami są dla mnie Parkower i Barn Closet, które wykonaliście w Kompott Studio.
Tak, choć w pewnym sensie te projekty są o czymś innym. Parkower to był szybki projekt polegający na obserwacji właśnie. W tym samym czasie znaleźliśmy się w Warszawie i zaobserwowaliśmy brak stojaków rowerowych. Chcieliśmy zaproponować miastu coś, co nie będzie wymagało dużych inwestycji. W tym czasie pojawiały się intensywnie słupki wygradzające, więc wpadliśmy na pomysł, żeby je wykorzystać. Przecież ludzie przypinają rowery wszędzie. Chcieliśmy wykorzystać to, co już istnieje. Wystarczy taki słupek tylko lekko zmodyfikować, przeprowadzić drobne działanie w formie i oddać co któryś z nich do użytku. Ten projekt należy postawić od strony obserwacji zachowań ludzkich – jak człowiek wchodzi w interakcję ze wszystkim, co go otacza codziennie. A Barn Closet to płaszczyzna fascynacji otoczeniem, gdy z Mają Ganszyniec znaleźliśmy się w Norwegii w środowisku, które dla nas było kompletnie nowe, zaskakujące. Zauroczyły nas norweskie domki – wykonane całkowicie z drewna. To był szybki projekt. Postanowiliśmy przenieść formę stodoły na mebel. Z drugiej strony można sobie zadać pytanie: Po co robić mebel w formie stodoły? I to pytanie cały czas nam towarzyszyło.
Po co robić taki mebel?
Dla nas był to eksperyment – z materiałem, konstrukcją, z tym, co się potem stało z samą szafą. Również z nowym sposobem otwierania – to była szafa, która się wysuwa jak szuflada i można w środku powiesić rzeczy. Ale najciekawsze było to, że mieliśmy niedosyt. Przyszedł nam do głowy pomysł, żeby postawić tą szafę w naturalnym środowisku i zobaczyć co się z nią stanie.
Dla mnie najmocniej oddziałującym elementem tego projektu był fakt, że ta szafa z drewna została pozostawiona na pastwę natury. A dla was co było stało się punktem ciężkości tego projektu?
Dla mnie konstrukcja. To był spontaniczny, radosny projekt. Był moment, gdy niechcący zamknąłem Majkę w szafie i zachowaliśmy się jak Matt i Patt z bajki „Sąsiedzi”. Maja przytrzymywała drzwiczki, weszła do środka, a ja je przykręciłem i nie było możliwości, żeby ona wyszła. Trzeba je było odkręcić. Z jednej strony był to radosny projekt, ale zdałem sobie sprawę, że był bardzo nieuważny. Nie zwracaliśmy uwagi na połączenia, dobór drewna, a przecież stodoła musi przez jakiś czas przetrwać w danym środowisku. Ten projekt został rozwinięty do szafy pierwszej pomocy, choć tylko w koncepcji. Wpłynęło na to nowe otoczenie, kultura. Ta szafa mogłaby stać na początku i na końcu szlaku, żeby z niej wziąć kurtkę przeciwdeszczową lub latarkę i zostawić w podobnej szafie na końcu szlaku. Pojawiła się też koncepcja szafy-szałasu, w której przy ekstremalnych warunkach można się schować i przeczekać najgorszy czas. Barn Closet ewoluował, lecz nie został rozwinięty z powodu braku czasu.
Czy to przypadek wpłynął na to, że zaczęliście myśleć, żeby pozostawić tą szafę w naturalnym środowisku?
Nie, to była świadoma decyzja. Chcieliśmy zostawić tą szafę w naturze i zobaczyć jak ona się zachowa. To pokazało słabość pierwszej swobodnej zabawy. Jeżeli to miałaby być szafa, która by stała na zewnątrz, musi mieć przemyślaną konstrukcję, dobrany materiał, powinno się dobrać szlak i rzeczy, które mają się znaleźć w środku. No i miejsce. Źle ją ustawiliśmy, bo w tam, gdzie stanęła, później zebrała się woda. To była dla nas nauka, że wszystko trzeba dobierać. Traper, który buduje szałas, wie jak przetrwać. Ta szafa też miałaby służyć przetrwaniu.
Kto się powinien zajmować takim szczegółowym researchem? Projektant?
Projektant powinien brać udział w projekcie od początku do końca i na każdym kroku mieć szansę uzyskać informacje od osób, które są w zespole badawczym. Projektant powinien należeć do takiego zespołu. Wiadomo, że to, co zaobserwuje np. badacz etnograficzny, nie będzie tą samą obserwacją, co moja. Ja spojrzę na rzeczy z innej strony. Dopiero w konfrontacji dwóch czy trzech spostrzeżeń można zrobić dobry projekt. To ważne, żeby brać udział w procesach poznawczych. Zamykanie się tylko w kreowaniu koncepcji jest niewystarczające. Skupiając się tylko wokół estetyki, konstrukcji albo formy, szybko można trafić na barierę .
Prowadzisz i rozwijasz pracownię drewna na wydziale Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Co tam robisz?
Jakiś czas temu dowiedziałem się, że odchodzi stary stolarz z modelarni drewna i zgłosiłem się do dziekana. Opowiedziałem mu o swoim zainteresowaniu pracą manualną. Przejmując stolarnię, która została wyremontowana i przygotowana do pracy, wiedziałem, że chcę zmienić jej formułę. Nie jestem stolarzem i dlatego nie chciałem prowadzić nowej stolarni.
W jaki sposób ją zmodyfikowałeś?
Cały czas ją zmieniam, to jest ciągły proces. Przede wszystkim staram się wysłuchać, czego potrzebują inne pracownie i czego ode mnie oczekują prowadzący. Jak mogę im pomóc? Od tego zacząłem. Dzięki takiej rozmowie udało mi się wprowadzić krótki projekt związany z konstrukcją mostów, który poprzedzał zajęcia dla studentów pierwszego roku. I on przyniósł efekt. Udostępniłem również tą pracownię dla studentów. Początek był trudny, bo nie wiedzieli czy mogą przychodzić i sami w niej pracować. Poprzedni stolarz miał raczej taką formułę, że przyjmował zlecenie i je oddawał. Ja chciałem, żeby to była pracowania, do której każdy może przyjść, kiedy chce – bez względu na to czy tam jestem, czy mnie nie ma. I to mi się po woli udaje. Przy dobrej woli władz udało mi się zakupić wyposażenie, są nowe maszyny, elektronarzędzia. To zadziałało jak magnez. Ludzie przychodzą i siedzą tam od rana do wieczora. Sprawiły to nowe maszyny i moja próba, żeby ich zachęcić do eksperymentowania z materiałem. Staram się przenieść swoje doświadczenia na tutejszy grunt. To, czego doświadczyłem studiując zagranicą, może być zmodyfikowane do naszych warunków. Nie trzeba powielać tego samego systemu, w którym byłem edukowany.
,Studiowałeś w Koszalinie i w Anglii?
I w Finlandii. Na podstawie tych doświadczeń, wydaje mi się, że możemy stworzyć coś nowego. Chciałbym, żeby pracownia, którą prowadzę, w przyszłości stała się laboratorium drewna. I z tego powodu mój temat pracy doktorskiej będzie związany z drewnem. Chciałbym, żeby była centrum, żeby nawiązać kontakt z instytutami technologicznymi, wspólnie szukać nowych technologii i zastosowań dla drewna. To na pewno będzie motor dla studentów, ale ten proces wymaga lat. Sam muszę zdobyć doświadczenie, kontakty. To wszystko chcę zrobić w obrębie doktoratu.
A konkretnie czym będzie ta praca doktorska?
Chciałbym się skupić na szukaniu przyszłych zastosowań dla drewna i materiałów drewnopochodnych. Z tego powodu chcę nawiązać kontakty z instytutami z Kanady, Polski, Australii – i razem z nimi prowadzić poszukiwania. A potem to przenieść na polski rynek, żeby ta wiedza miała też zastosowanie w przemyśle. W tej chwili jest mi ciężko powiedzieć w jaki sposób to ma się odbyć. Budując taką sieć kontaktów, która wciąż może się rozrastać, będzie w nią można angażować studentów. To stworzy sytuacje, o których jeszcze na razie ciężko mówić.
Dlaczego drewno? Skąd u ciebie ta wręcz niespotykana fascynacja i pasja związana z tym surowcem?
Drewno ma w sobie coś specjalnego. Cały czas trzeba się go uczyć, posiadać dużą wiedzę, żeby dobrze je stosować. To wiedza na każdym poziomie – technologii, materiałoznawstwa, konstrukcji, rzemiosła. Interesuje mnie to, że pracując rękami zaczynasz rozumieć materiał. Ostatnio miałem ciekawą rozmową ze stolarzem z Wydziału Architektury. Powiedział: „Pracuję w zawodzie kilkadziesiąt lat, ale to jest dopiero moment, w którym wiem, że rozumiem drewno.” I to jest dla mnie ciekawe spostrzeżenie osoby z olbrzymim doświadczeniem, które dzieli ze mną. Sam tego doświadczam. Są rzeczy, które wychodzą lub nie. Jak nie wyjdą, to szukasz powodów. Okazuje się, że czasem to twoja niewiedza, a innym razem coś, co umknęło i nie zostało przewidziane. Własne projekty staram się nagiąć do granic możliwości. Mebel jest skonstruowany na granicy swojej wytrzymałości i ta granica mnie czegoś uczy. Takie naginanie granic powstaje na styku różnych profesji. Dla mnie tymi profesjami są projektowanie i rzemiosło. Próbuję wyeksplorować do końca dany materiał, mimo że logicznie nie powinno się tego robić. Czasem się to sprawdza, a czasem nie, ale dla mnie to lekcja, ze można to zrobić. Tak było z projektem Split . Zacząłem rozcinać kantówkę i ją rozginać. Był to eksperyment, przy którym bardzo dużo się nauczyłem. Dokładnie wybrałem użyty materiał. Sprawdziłem ułożenie słoi. Raz nie zauważyłem że słoje przechodzą w poprzek w miejscu nacięcia. Jakież było moje zaskoczenie na drugi dzień gdy wszedłem do warsztatu i zobaczyłem że jedna z listewek odpadła z wieszaka.
Skoro tak drastyczną różnicę może przynieść w projekcie ustawienie słoja, to w pracy z drewnem potrzebna jest chyba ogromna wrażliwość?
Tak, w projektach jednostkowych na pewno, ale i w przemysłowych również, choć tam są już inne prawa.
A jak to się stało, że zająłeś się projektowaniem?
Jestem z zawodu marynarzem. Technikiem nawigatorem. Przez dwa lata pływałem zawodowo. Ten okres – i szkoła i praca – na pewno mnie ukształtował. Szkoła była lekcją przetrwania – odporności psychicznej. Z kolei pływając na statku uczysz się, że wszystko, co zrobisz ma jakieś konsekwencje. Jeśli czegoś ci się nie chce, np. zamknąć za sobą drzwi – spodziewaj się, że będzie to miało jakiś skutek. Jednak pracując na statku czułem, że to nie jest moje miejsce. Chciałem coś tworzyć, przy tym miałem tatę majsterkowicza. Od niego uzyskałem stronę manualną. Miałem chyba naiwną potrzebę tworzenia i bycia artystą. Zdałem na studia do Instytutu Wzornictwa na Politechnice w Koszalinie. Ale tam projektowanie w ogóle mnie nie pociągało. To było formalne podejście, szukanie formy, ergonomii, plus słuchanie prowadzącego, który mówi czy tak można czy nie. To było dla mnie bardzo trudne. Wtedy rysunek stał się dla mnie formą otwartej wypowiedzi, również projektowej. W Koszalinie jest dobra pracowania, która uczy myśleć za pomocą rysunku. Uczy świadomości wzrokowej, ale też tego, czym rysunek może się stać, że może być przestrzenny.
Na trzecim roku wyjechałem na stypendium do Finlandii – tam nikogo nie miałem nad sobą, nikt mi nie mówił, co mam robić. Miałem oczywiście potrzebę, żeby ktoś mnie poprowadził, ale ważne było to, że miałem wolną rękę. Po raz pierwszy też zetknąłem się z tak wyposażoną szkołą – mieliśmy dostępne wszystkie materiały drzewne i drewnopochodne, dwa małe warsztaty i wielką maszynownię, wyposażoną w maszyny sterowane numeryczne. Tam spotkałem prowadzącego z Anglii, który szukał osób na kurs związany z projektowaniem mebli. Dlatego wyjechałem do Anglii, gdzie później przyjęto mnie na studia i dużo się tam nauczyłem. Tak więc naiwne chciałem zostać artystą, a zostałem projektantem-rzemieślnikiem. W angielskim jest na to dobry termin – designer-maker. W języku polskim słowo rzemieślnik wciąż ma inny wydźwięk.
A w czym tkwi przede wszystkim ta różnica?
Nie jest to jednoznaczne. W Polsce słowo rzemieślnik kojarzy się z panem stolarzem, ślusarzem, dekarzem. Nie jest kojarzone z projektowaniem, tylko z wykonawstwem, odtwarzaniem. W Anglii jest profesja designer – maker, czyli osoba, która potrafi wykonać to, co zaprojektuje. W Polsce też można zaobserwować coraz więcej młodych ludzi, którzy projektują i wykonują, lecz okazuje się, że nie są akceptowani ani przez rzemieślników ani przez niektóre środowiska projektowe. Skoro Ci młodzi ludzie nie są ani projektantami ani rzemieślnikami w pojęciu wprost, to kim są ? Na naszych oczach kształtuje się nowa profesja projektanta-rzemieślnika, która nie jest nowa na świecie. Oczywiście jest sporo problemów związanych z jakością wytwarzanych przedmiotów. Wynika to z tego, że osoby zajmujące się wykonywaniem własnych projektów, to absolwenci studiów projektowych, którzy często nie mają przygotowania od strony rzemiosła. Uważam, że należy to powoli zmieniać i dać studentom możliwość poznawania tradycyjnego rzemiosła. Należy pamiętać, że najciekawsze rzeczy powstają na styku dziedzin.